Czy w Kościele są (jeszcze) jacyś świeccy?
Autor: Maciej Górnicki
Poniższy tekst Macieja Górnickiego stanowi drugi głos w dwugłosie "GAZETY ŚWIECKIEJ" na temat "narodzenia się" świeckiego w Kościele - zarówno jeżeli chodzi o narodzenie się samego stanu świeckiego, jak i o osobiste narodzenie się każdego członka laikatu do podjęcia powołania świeckiego. Mamy nadzieję, że dwugłos stanie się inspiracją dla Czytelników do przemyślenia swojego powołania. Może także skłoni do wyrażenia własnego zdania w formie komentarza albo odrębnego tekstu? Zapraszamy!
Co było najpierw - jajko czy kura?
Zdarza się nieraz, że czytając fascynującą książkę przeskakujemy kartki, żeby jak najszybciej dotrzeć do końca. Takie czytanie na skróty może być sensowną strategią w przypadku lektury romansów czy też powieści kryminalnych. Im jednak więcej treści w książce, tym trudniej zrozumieć ją, przeskakując kolejne kartki. Mam nieraz wrażenie, że wielu czytelników Biblii nie doceniło, jak ważne treści zawiera i zamiast uważnie przeczytać ją od początku do końca, przeskakiwało co kilka wierszy, a nawet kartek, żeby jak najszybciej znaleźć potwierdzenie własnych przekonań i doktryn.
Jednym z częściej przeskakiwanych wersetów jest ten, w którym Bóg wypowiada swoje pierwsze słowa do człowieka: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną..." (Rdz 1,28). Jakże to, czyżby Bóg nie oczekiwał od człowieka przede wszystkim tego, że będzie Mu składał ofiary, modlił się do Niego? Otóż nie. Na kartach Biblii modlitwa i składanie ofiar pojawiają się później, ukazane są jako skutek grzechu pierworodnego (Rdz 4,3.26).
Urzędowego kapłaństwa nie znajdujemy zaś w ogóle w pierwszej księdze Biblii, opisującej dzieje ludzkości aż do Józefa, syna Jakuba. Kapłaństwo urzędowe, Aaronowe, pojawia się dopiero w księdze Wyjścia, jako konsekwencja powołania Mojżesza (a wraz z nim - Ludu Wybranego). To nie kapłaństwo, nie starotestamentalna świątynia była w centrum uwagi Boga, ale jego Lud Wybrany, a powołanie "świeckie" - do czynienia sobie ziemi poddaną i rozmnażania się - jest pierwotne i nadrzędne w stosunku do powołania "kapłańskiego".
Jak mówi księga Machabejska: "Pan nie wybrał ludu ze względu na świątynię, ale świątynię ze względu na lud." (2Mch 5,19). Co więcej, już w Starym Przymierzu Bóg zapowiedział, że zamierza cały swój lud uczynić swymi kapłanami (Iz 61,6). Odnoszę wrażenie, że wielu - kierujących się dobrymi intencjami - chrześcijan tak bardzo pragnie odnaleźć w Biblii fragmenty podkreślające wartość kapłaństwa, jako czegoś zarezerwowanego dla wąskiej grupy osób (wszak to jest cenne, co rzadko spotykane!), że zupełnie gubi punkt widzenia samego Boga.
Być może w tym momencie niejeden oburzony czytelnik zawoła: no tak, ale co na to Kościół? Przecież w Kościele nie wszyscy wierni święceni są na kapłanów - wręcz przeciwnie - sakrament kapłaństwa zarezerwowany jest jedynie dla niewielkiej grupy osób! Czy aby na pewno?
Kościół pierwotny
Niemal od pierwszych dni w Kościele pojawili się diakoni, nieco później także prezbiterzy i biskupi. Jednak żadnej z tych posług nie określano rzeczownikiem "kapłan". W pierwotnym Kościele teologia kapłaństwa odnosiła się do Chrystusa, czego dobitnym świadectwem jest list do Hebrajczyków. Prezbiterzy (czyli "starsi") oraz biskupi ("nadzorcy") uważani byli za przewodników gmin chrześcijańskich; mowa jest o ich szczególnym charyzmacie pasterskim, który wymieniany jest obok czterech innych jako konieczny do budowy Kościoła (por. Ef 4,11: charyzmat apostoła, proroka, ewangelisty, pasterza i nauczyciela), nie ma jednak mowy o tym, jakoby nowotestamentalne kapłaństwo Chrystusa odbijało się jedynie w posłudze pasterza, biskupa czy prezbitera. Wręcz przeciwnie - cały Kościół nazywany jest ludem kapłańskim (por. 2P 2,5-9).
Św. Jakub w swoim liście jednym tchem wymienia sakrament namaszczenia chorych sprawowany przez starszych (presbyteroi, skądinąd błędnie przetłumaczone w BT jako "kapłani"), wyznawanie grzechów "sobie nawzajem" oraz modlitwę człowieka sprawiedliwego. Nie widać tu żadnego rozdziału na dwie grupy - jedną nadrzędną i działającą, drugą podrzędną i bierną.
Model odniesienia biskupa do gminy chrześcijańskiej znajdujemy przede wszystkim w listach pasterskich św. Pawła. Widać wyraźnie, że biskup czy prezbiter nie jest tu kimś wyobcowanym z gminy, stojącym ponad nią, ale, przede wszystkim, musi charakteryzować się cechami kojarzącymi się dzisiaj z powołaniem świeckich (zarządzanie domem, bycie dobrym mężem - por.: 1Tm 3,1-13; Tt 1,5-9), ponadto - ma szanować swoich współbraci i współsiostry (por. 1Tm 5). W ogóle zresztą powinien cechować się łagodnością, nawet względem niewierzących (2Tm 2,24-26). Prezbiter jest godny szczególnej czci nie mocą samego faktu bycia prezbiterem, ale wtedy, gdy "dobrze przewodniczy" (1Tm 5,17).
Nie ma zresztą sensu udowadniać tego, co oczywiste: doktryny wyróżniającej prezbiterów i biskupów jako osobny stan, w którym kapłaństwo Chrystusa odzwierciedlone jest bardziej lub inaczej niż wśród wiernych "świeckich", nie znajdziemy w Biblii. Podobnie zresztą, na próżno szukać w niej terminu "świeccy".
Trochę historii
Skąd więc w Kościele wziął się podział na "świeckich" i "duchownych"? Skąd przekonanie, że "duchowni" w jakiś szczególny sposób uosabiają Chrystusa-Kapłana?
Z pewnością trudno wskazać jakiś jeden moment czy też jedno zdarzenie, jako powód powstania takiego postrzegania posługi pasterskiej w Kościele. W miarę upływu wieków Kościół stawał się coraz bardziej instytucją, coraz mniej natomiast - wspólnotą. Ten trwający wiele wieków proces wiązał się z coraz silniejszym podkreślaniem roli pasterzy jako strażników spójności Kościoła i wierności prawowiernej doktrynie. Jeśli już próbowalibyśmy wskazywać jakieś momenty kluczowe w tym procesie, z pewnością byłyby one związane nie z rozwojem refleksji teologicznej, ale z wydarzeniami społeczno-politycznymi.
Niekiedy za pierwsze teologiczne rozróżnienie na duchownych i świeckich uważa się rozdział 40 z 1 listu św. Klemensa Rzymskiego (30-100) do Koryntian, jednak uważniejsza lektura tego tekstu pokazuje, że Klemens pisze tu o rozróżnieniu starotestamentalnym, a celem autora nie było dzielenie Kościoła na "stany", ale wręcz przeciwnie - ukazanie, jak niebezpieczne jest stwarzanie podziałów w Kościele, a jednocześnie podkreślenie, że każdy powinien zajmować się taką posługą, jaka została mu powierzona. List ten jest jednocześnie jednym z pierwszych, obok Didaché, teologicznych świadectw na istnienie sakramentu święceń, choć sam termin "sakrament" został wprowadzony do teologii później, przez Tertuliana (II/III w.) oraz św. Augustyna (IV/V w.), a ścisła definicja pojęcia "sakramentu" pochodzi dopiero z czasów scholastyki (XII w.) [por. S. C. Napiórkowski OFMConv, Z Chrystusem w znakach, Lublin 1984, s. 30-37].
Pierwszym kluczowym momentem dla wzajemnego oddzielenia się "stanów" w Kościele był wiek IV: fakt uznania chrześcijaństwa przez cesarza Konstantyna oraz pod koniec tegoż wieku uznanie chrześcijaństwa za religię państwową przez Teodozjusza. Edykty cesarskie przeobraziły biskupa-pasterza gminy chrześcijańskiej w biskupa-urzędnika państwowego. Nie przypadkiem w tym samym czasie pojawiają się w teologii i dokumentach kościelnych nawiązania do kapłaństwa starotestamentalnego.
Na przykład, papież Syrycjusz pisząc do biskupa Himeriusa z Tarragony w roku 385, porównuje sytuację prezbiterów i diakonów do starotestamentalnych kapłanów i lewitów (Denzinger, Ed. 1954: n.89), nakazując im rytualną czystość na wzór czystości wymaganej od kapłanów Starego Przymierza. Jest to prawdopodobnie pierwszy oficjalny dokument papieski, w którym rola i tożsamość prezbitera zamiast do jedynej ofiary Chrystusa, odniesiona jest do kapłanów i ofiar starotestamentalnych. Takie ujęcie roli prezbitera czyni z niego "kapłana" - już nie Chrystus sam jest jedynym kapłanem, według obrządku Melchizedeka (jak mówił list do Hebrajczyków), ale to sam prezbiter staje się kapłanem, składającym codziennie ofiary, jak kapłani według obrządku Aarona - dlatego też powinien żyć w czystości.
Innym kluczowym etapem w procesie hierarchizacji Kościoła był okres średniowiecza, a konkretnie - wrastanie Kościoła w struktury społeczeństwa feudalnego. To, co wyróżnia porządek feudalny, to konsekwentna struktura zależności w społeczeństwie. W społeczeństwie feudalnym każdy był podporządkowany jakiemuś panu, ten z kolei władcy wyższego stopnia - aż do najwyższego władcy, suwerena. Jeśli Kościół miał stanowić istotną część (a wręcz zwornik) społeczeństwa feudalnego, musiał się dopasować do tego porządku - i zrobił to niezwykle konsekwentnie.
Pojęcie Kościoła jako wspólnoty - wprawdzie zachowane w zakonach lub Kościołach opartych o tradycję celtycką - zostało zepchnięte na margines. W takim teoretycznym ujęciu role świeckich i duchownych zostały wyraźnie rozdzielone (choć pamiętać należy, że do grona duchownych zaliczano nie tylko prezbiterów, ale także szereg osób posiadających rozmaite święcenia niższe). Prezbiter nie był kimś, kto miał przede wszystkim pasterzować lub nauczać - wszak edukacja duchownych ograniczała się przeważnie do praktyki u starszego proboszcza, a seminaria duchowne powstały dopiero w poreformacyjnych czasach Karola Boromeusza. Kapłan miał po prostu reprezentować Kościół oraz sprawować sakramenty, to znaczy chrzcić, błogosławić małżeństwa, odprawiać Mszę świętą i spowiadać (od 1215 r. coroczna spowiedź stała się obowiązkiem wszystkich chrześcijan).
Powszechna była praktyka traktowania urzędów kościelnych jako beneficjów, które miały przynosić stałe dochody - osoby obsadzające te urzędy nie przejmowały się przeważnie duszpasterstwem, a raczej powierzały opiekę duszpasterską słabo opłacanym (i słabo wykształconym) zastępcom. Rolą biskupa i prezbitera nie było już więc duszpasterzowanie w ramach gminy chrześcijańskiej, ale raczej sprawowanie władzy duchowej. Ten, kto nie uznawał tej władzy (oraz jej wyższości nad władzą świecką), buntował się przeciw Bogu i ustanowionemu przez Niego porządkowi. Czy może dziwić, że w takim stanie rzeczy dochodzi w końcu do sytuacji, w której papież Bonifacy VIII wydaje dokument, w którym naucza, że świeccy są z zasady wrogami duchownych (bulla "Clericis Laicos" z 1296 r.)?
Trzy drogi
A jednak i w średniowieczu rzeczy nie były tak jednoznaczne, jak mogłyby sugerować pochodzące z tego okresu ujęcia teoretyczne lub "oficjalne" dokumenty. Jeśli sięgniemy do mistrzów duchowości lub twórców zakonów, okazuje się, że wizja Kościoła, a wraz z nią wzajemne odniesienie świeckich i duchownych, nie ograniczała się do aspektu prawno-społecznego. Jedno z najbardziej znanych w średniowieczu dzieł na temat duchowości - "De Arca Mystica" (zwane też "Beniamin Maior") Ryszarda od św. Wiktora pokazuje nie jedną, ale trzy drogi wiodące do doskonałości chrześcijańskiej. Te trzy drogi do doskonałości (rozumianej jako kontemplacja Boga) to droga Aarona (poprzez obrzędy), Mojżesza (poprzez dar łaski) oraz Besaleela (poprzez trud oświecany Bożą łaską, por. Wj 31,2nn). Drogi te nie są przy tym ukazane jako przeciwstawne sobie, ale raczej jako współzależne.
Trzecia droga - dziś nazwalibyśmy ją ascetyczną - dostępna była dla wszystkich i zalecana wszystkim. Ryszard od św. Wiktora nie był tylko teoretykiem - był on członkiem zakonu Kanoników Regularnych, duszpasterzującym w XII-wiecznym Paryżu. To, co pisał, było traktatem akademickim, ale i odpowiedzią na zapotrzebowanie jego owieczek. I faktycznie - jego dzieła czytane były i komentowane zarówno przez późniejszych mistrzów akademickich (w tym św. Tomasza z Akwinu), jak i przez rzesze świeckich.
Ryszard nie był jakimś wyizolowanym przypadkiem. Od średniowiecza aż do naszych czasów odnaleźć możemy olbrzymią liczbę różnych ruchów, bractw i szkół duchowości obejmujących wiernych świeckich. Wystarczy wspomnieć istniejące od XIII w. trzecie zakony (z tak wybitnymi przedstawicielami jak św. Katarzyna ze Sieny), ruch beginek i begardów, XIV-wieczne devotio moderna (ze znanym do dziś "O naśladowaniu Chrystusa"), pielgrzymki przemierzające kontynent od Jerozolimy po hiszpańskie Santiago de Compostela i angielskie Walsingham, złoty wiek duchowości hiszpańskiej, czy też francuskie i włoskie oratoria... Jeśli zdarzało się, że niektóre z tych ruchów schodziły na manowce, przyczyną był najczęściej brak rozeznania, gdy duchowymi pragnieniami świeckich nie miał kto pokierować, ponieważ kapłani byli specjalistami jedynie od "drogi Aarona", niewielu zaś było prawdziwych duchowych mistrzów "ze szkoły Mojżesza". Problem ten jest istotny także i dziś, o czym świadczą współczesne dokumenty papieskie:
"Świadomość Kościoła jako 'komunii' przygotowuje przyszłego kapłana do prowadzenia duszpasterstwa wspólnotowego w ścisłej współpracy z różnymi członkami Kościoła, jaka powinna istnieć między kapłanami i biskupem, między kapłanami diecezjalnymi i zakonnymi, kapłanami i świeckimi. Tego rodzaju współpraca zakłada jednak poznanie i uznanie różnych darów i charyzmatów, powołań i odpowiedzialności, które Duch Święty powierza członkom Ciała Chrystusowego. (...) Szczególne znaczenie ma przygotowanie przyszłych kapłanów do współpracy ze świeckimi" [Jan Paweł II, Adh. Pastores dabo vobis, nr 59].
"Wierni oczekują od kapłanów tylko jednego, aby byli specjalistami od spotkania człowieka z Bogiem. Nie wymaga się od księdza, by był ekspertem w sprawach ekonomii, budownictwa czy polityki. Oczekuje się od niego, by był ekspertem w dziedzinie życia duchowego. (...) wierni oczekują od niego, że będzie świadkiem odwiecznej mądrości, płynącej z objawionego Słowa. Dbanie o jakość osobistej modlitwy oraz o dobrą formację teologiczną owocuje w życiu" [Benedykt XVI, Przemówienie do polskiego duchowieństwa w Archikatedrze warszawskiej, 25.05.2006].
W jakim stopniu rozdzielenie Kościoła na odrębne stany, traktowane w skrajnych przypadkach jako wrogie sobie było spowodowane osobistymi słabościami ludzi Kościoła, w jakim zaś - błędnym paradygmatem, według którego jeden niepodzielny Kościół Chrystusowy dzielono sztucznie na "świeckich", czyli Kościół słuchający oraz "duchownych", czyli Kościół nauczający? Trudno dziś jednoznacznie odpowiedzieć na takie pytanie, jednak z pewnością błędne rozumienie własnego miejsca i własnej tożsamości w Kościele musiało owocować zarówno wypaczeniami w życiu duchowym wiernych (mających małe umiejętności rozeznawania duchowego), jak i skrzywieniem posługi kapłańskiej (nastawionej bardziej na sprawowanie władzy duchowej niż na posługę pasterską). Na szczęście nawet w czasach skażonych błędnymi paradygmatami teologicznymi wielu było wybitnych czy wręcz świętych duszpasterzy, jak stawiany dziś za wzór św. Jan Vianney. Nie przypadkiem byli to duszpasterze, rozumiejący swoją posługę jako bycie wśród ludu Bożego, a nie nad ludem Bożym.
Co teraz?
We współczesnych dokumentach kościelnych, zarówno soborowych, jak i posoborowych, powrócono do pierwotnego języka Kościoła, w którym rzeczownik "kapłan" i przymiotnik "kapłański" odnoszą się przede wszystkim do Chrystusa, następnie zaś do całego Kościoła. Tym, co odróżnia prezbiterów od świeckich nie jest fakt, że jedni są kapłanami, a drudzy nie - ale to, że ci pierwsi odznaczają się szczególnym rodzajem posługi, dlatego też ich kapłaństwo nazywane jest kapłaństwem służebnym.
Warto też zauważyć, że ściśle biorąc, nie istnieje, ani też nigdy nie istniał "sakrament kapłaństwa" - poprawne określenie to "sakrament święceń". Polski termin "sakrament kapłaństwa", którym posługujemy się w języku potocznym (a niestety czasem także teologicznym) nie jest trafnym tłumaczeniem łacińskiego "sacramentum ordinis", które oznacza "sakrament święceń", albo jeszcze ściślej: "sakrament stanu [duchownego]" - co zresztą jasno wynika z Katechizmu Kościoła Katolickiego (KKK, 1536nn).
"1536 Sakrament święceń jest sakramentem, dzięki któremu posłanie, powierzone przez Chrystusa Apostołom, nadal jest spełniane w Kościele aż do końca czasów. Jest to więc sakrament posługi apostolskiej. Obejmuje on trzy stopnie: episkopat, prezbiterat i diakonat.
I. Dlaczego ten sakrament nazywa się sakramentem "święceń" (Ordinatio)?
1537 Łaciński wyraz ordo oznaczał w czasach rzymskich stany ustanowione w sensie cywilnym, zwłaszcza stan rządzący. Ordinatio oznacza włączenie do ordo. W Kościele istnieją pewne stany, które Tradycja na podstawie Pisma świętego już od starożytności określa terminem taxeis (po grecku), ordines (po łacinie). I tak liturgia mówi o ordo episcoporum, ordo presbyterorum, ordo diaconorum. Inne grupy także otrzymują nazwę ordo: katechumeni, dziewice, małżonkowie, wdowy...".
W dokumentach dotyczących konkretnie prezbiterów możemy znaleźć następujące ujęcie ich tożsamości: tak samo jak inni wierni są oni uczestnikami potrójnej misji Chrystusa: kapłana, proroka i króla, tym zaś, co ich wyróżnia, jest upodobnienie do Chrystusa jako "głowy Kościoła" (Pastores dabo vobis, nr 3, 12, 13). Innymi słowy, współczesne dokumenty kościelne wracają do pierwotnego rozumienia istoty posługi prezbiterów właśnie jako prezbiterów - czyli tych, którzy przewodniczą, stanowią głowę (por. 1Kor 12), a nie jako tych, którzy w jakiś wyłączny sposób sprawują funkcje kapłańskie w imieniu Chrystusa.
Na koniec wypada odpowiedzieć na pytanie postawione w tytule: czy w Kościele są w ogóle jacyś świeccy? Jeśli próbowalibyśmy świeckość rozumieć w opozycji do kapłaństwa (czyli że jedni są kapłanami, a drudzy - nie) - odpowiedź jest zdecydowanie negatywna. Każdy wierny w Kościele uczestniczy w kapłaństwie Chrystusowym, każdy też jest świątynią (2Kor 6,16; 1Kor 6,19; 1Kor 3,16) i wezwany jest do składania duchowych ofiar (1P 2,5). W tym znaczeniu więc Kościół radykalnie różni się od ludu Starego Przymierza: nie ma podziału na lewitów lub kapłanów, mających prawo do sprawowania kultu w świątyni, oraz na całą resztę ludu.
Możemy jednak mówić o świeckich w sensie "wiernych, żyjących w świecie" - czyli tych wszystkich, którzy na co dzień realizują powołanie do czynienia sobie ziemi poddaną, będąc jednocześnie solą ziemi i światłością świata, czyli świadcząc swoim życiem i słowem o Jezusie. Tak też rozumie powołanie świeckich w Kościele dokument specjalnie im poświęcony: posynodalna adhortacja Jana Pawła II "Christifideles laici". Będąc świeckim, dokument ten warto przeczytać, zwłaszcza zaś: punkt 9., który zwraca uwagę na błąd ubiegłych czasów, polegający na definiowaniu tożsamości świeckich w Kościele w sposób negatywny, jako nie-kapłanów i nie-zakonników, oraz następujące po nim punkty do 17. włącznie, wyjaśniające powołanie i misję świeckich w Kościele w sposób pozytywny!
Maciej Górnicki
| « < | > » |
|---|





"Nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec. Bóg jest duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i prawdzie." (J 4,23-24)
Zastanawiam się, czy "oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie" nie jest modlitwą i składaniem ofiary? Można chyba domniemywać, że to dotyczyło i pierwszych rodziców przed upadkiem. Myślę więc, że głównym obowiązkiem człowieka (szczególnie, co oczywiste, chrześcijanina) jest właśnie "oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie" (por. pierwsze przykazanie miłości). Skoro obowiązek, to i powołanie (więc kapłaństwo). Czyż nie mamy naśladować w tym Nauczyciela?
Z drugiej strony, jeśli chodzi o duchownych (zwłaszcza żyjących w celibacie), to przecież i ich dotyczy nakaz posiadania potomstwa /szokujące? ;)/, jednak nie potomstwa w znaczeniu płodności biologicznej, ale w znaczeniu duchowym - Życia (na wzór Chrystusa). W ten sposób każdemu kapłanowi (osobie konsekrowanej) należy się nasz szacunek - jak rodzicom - i to niezależnie od tego, czy po ludzku wydaje się on na tę wdzięczność zasługiwać, czy też nie (podobnie przecież jest z rodzicami).
Myślę, że oba głosy (i Pawła Pomianka, i Macieja Górnickiego) wniosły coś wartościowego, na ważne sprawy zwróciły uwagę i w gruncie rzeczy (pomijając szczegóły) sobie nie przeczyły, a trzeba je tylko chcieć połączyć w jedno.