Portret pośmiertny Lecha Kaczyńskiego

“Gazeta Świecka” O świeckich, przez świeckich, dla świeckich

Portret pośmiertny Lecha Kaczyńskiego

PDFDrukujEmail

Ocena użytkowników: / 3
SłabyŚwietny 

 

Postać Prezydenta starano się ukazać godnie, z poszanowaniem zarówno jego osoby czy urzędu, jak i dobrego obyczaju, który podpowiada: „De mortuis nil nisi bene”. Portret to zarówno reprezentacyjny, jak i prywatny, bowiem przedstawia nie tylko jego życie publiczne, ale i rodzinne. O tyle portret ten zbiorowym można nazwać, że u boku Lecha Kaczyńskiego pojawia się również jego żona i córka, wspomina się też o mamie i tacie.

Wśród portretujących znaleźli się: żydowskiego pochodzenia kolega z liceum, znajomi z okresu WZZ, działacze opozycji za czasów PRL, działacze społeczni, dziennikarze, publicyści i prezenterzy i autorzy programów radiowych i telewizyjnych, twórca i lider kabaretu, historyk, ksiądz, politycy, współpracownicy, w tym doradcy prezydenta, a także prezydent Gruzji. Wymieńmy ich wszystkich z nazwiska: Balazs, Bierecki, Bochwic, Bugaj, Cichocki, Fogelman, Foltyn-Kubicka, Gilowska, Godlewski, Grzybowska, Gursztyn, Holecka, Brzozowska, Karnowska, dwóch Karnowskich, Kasprzyszak (Kamińska), Kolanko, Krasnodębski, Lachowicz, Łoziński, Marczuk, Migalski, Mistewicz, Muskat, Nowak, Olszewska, Ołdakowski, Pietrzak, Pospieszalski, Pyza, Reszczyński, Rokita, Romaszewski, Saakaszwili, Sakiewicz, Semka, Sonik, Śniadek, Walaszczyk, Wildstein, Wyszkowski, Zaremba, Zieliński, Ziemkiewicz, Zybertowicz, Zychowicz, Żaryn, Żukowski.

Oprócz wyżej wymienionych przywołano także wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego (z książki: „Alfabet braci Kaczyńskich”) oraz Jadwigi Kaczyńskiej (fragmenty wywiadów, jakich udzieliła wcześniej). W jakimś sensie jest to również autoportret – oddano bowiem głos również samemu Prezydentowi (wspomniany przed chwilą „Alfabet”, przemówienie inauguracyjne, niepublikowany wcześniej wywiad dla „Arcanów” oraz treść przemówienia, które przygotowywał Lech Kaczyński na uroczystości w Katyniu).

Warto odnotować, że wbrew temu, co można byłoby się spodziewać po portrecie przez tylu autorów pisanym, postać Prezydenta nie ulega jakiemuś uśrednieniu czy rozmyciu. Wręcz przeciwnie, obraz staje się coraz wyraźniejszy, a po przeczytaniu tych bez mała czterystu stron treści cechy najważniejsze Prezydenta wydają się coraz bardziej podatne do uchwycenia. Dobrze oddaje to zresztą sama kolorystyka okładki książki – czerwono-białymi barwami, które wydają się podkreślać to, co przyjmował za najważniejsze Lech Kaczyński. Gdyby bowiem sprowadzić całą złożoność postawy Prezydenta i chcieć ją wyrazić kilkom tylko kolorami, musiałyby to być właśnie te dwa. Bo patriotyzmu (bez endeckiego nalotu) nikt mu nie może odmówić: on kochał Polskę, można powiedzieć – za jednym z autorów portretu – miał „obsesję Polski”.

Dla Polski i Polaków stał się Lech Kaczyński – jak sam o sobie mówił – „prawdziwym narkomanem polityki” (podobno już w czasach Jacka i Placka chciał zostać politykiem). O tę Polskę walczył w czasach „Solidarności”, której ideałom pozostał wierny do końca, czego wyrazem może być podkreślana we wspomnieniach o nim troska o losy ludzi, w tym przede wszystkim prostych czy ubogich. Troszczył się o wspólne dobro i los wszystkich Polaków; pomimo jego socjalnego rysu nie można go jednak nazwać socjalistą. Starał się o ład moralny wyrażający się w porządku prawnym. Był państwowcem, dla którego wzorem i ideowym mentorem pozostał Piłsudski. Polskę chciał wyciągać z europejskiego cienia, walcząc z jej kompleksami. To w tym celu – jak sam twierdził – „nowa polityka wschodnia była nastawiona przede wszystkim na Zachód. Wstępne moje rozpoznanie naszej sytuacji w Unii Europejskiej i w NATO, zwłaszcza w Unii, wykazało, że pozycja Polski jest marginalna. Chcąc ją wzmocnić, postanowiłem ją oprzeć na kierunku południowo-wschodnim: przez Ukrainę ku Azerbejdżanowi i Gruzji”.

Można oczywiście dyskutować nad tą rolą rozprowadzającego Europy Wschodniej – pamiętamy jednak, że takiej dyskusji odmówiono polskiemu „rycerzowi walczącemu o wolność” (Saakaszwili), oskarżając go o „egzotyczne awantury”. Ten nie zważający na PR „Ostatni Mohikanin” miał bolesną świadomość stronniczości mediów („medialny wulkan kłamstw na temat mojej prezydentury”), o czym wielu niezorientowanych Polaków przekonało się dopiero po jego śmierci. Autorzy portretu słusznie przypominają to zjawisko i nazywają po imieniu postawę mediów: brutalne ataki, furie, dorabianie prezydentowi gęby polityka kompletnie niemedialnego oraz gęby germanofoba, ciągła krytyka, stawianie na cenzurowanym, huraganowy ostrzał, uderzenia bronią atomową śmiechu, kpienie, rechot i kulanie się po podłodze ze śmiechu, pogarda i szyderstwo, szarganie, spłycanie, bezprecedensowa kampania nienawiści, obelgi, poniżanie, kłamstwa, pomawianie o alkoholizm, nie krytyka, a nagonka i egzekucja, rozjeżdżanie przez społeczno-medialny walec. A do tego jeszcze zagraniczne media: „Jak zły jest Lech Kaczyńśki” („Der Spiegel”), słynne kartofle („Tageszeitung”).

Niech Państwo pogrzebią w pamięci i wydobędą z niej jakieś pozytywne obrazy medialne Prezydenta sprzed 10 kwietnia 2010 r.; niełatwe to zadanie, prawda? Należał mu się ten portret, który w końcu ukazuje go w innym świetle. Czytelnik dowiaduje się, że Kaczyński inteligentny tą zapomnianą już dziś „starointeligenckością” cechował się wielką znajomością historii i polityki, a również i nadzwyczajną pamięcią, tak że ze względu na biegłość w poruszaniu się w gąszczu przepisów prawnych mówiono o nim „Paragraf”. Ustępliwy jeśli chodzi o sprawy drugorzędne, spierał się w sprawach fundamentalnych. Niesamowicie pracowity, bezkompromisowo uczciwy, lubił dyskutować na wysokim poziomie – stąd organizowane przez niego, a solidarnie przemilczane przez media, konferencje i spotkania naukowców i dziennikarzy.

Miał realne wady, bywał podobno drażliwy czy nawet wybuchowy, obrażalski i zmienny medialnie (np. odpowiadał zdawkowo, gdy był w złym nastroju). Wydaje się, że prezydentura go męczyła (może wolałby, jak w czasach „Solidarności”, być numerem 2?), zachowywał się trochę nieporadnie, nie pasował do współczesności. Ale za to wbrew obiegowej opinii okazuje się, że Kaczyński lubił ludzi, był uśmiechnięty, ufny, wyluzowany, ciepły, dowcipny, a nawet sypiący żartami, zapamiętano go jako gawędziarza, potrafił nawet prowadzić nieformalne pogaduszki z dziennikarzami w samolocie. Najlepiej czuł się w bezpośrednim kontakcie z ludźmi. Wyniósłszy z domu przedwojenną kindersztubę stosuje się do niej przez całe życie – otacza szacunkiem i troską kobiety, dba o relacje ze współpracownikami, którymi to relacjami rządzi lojalność (może nawet granicząca z naiwnością); młodszych podwładnych traktuje jak ojciec dzieci, zaproszeni do współpracy przywiązują się i niełatwo z niej rezygnują – mówi się nawet, że nikt nie dezerteruje z „bunkra Hitlera”, jak nazywano Kancelarię Prezydenta. Złożona osobowość Kaczyńskiego objawiała się uczuciowością (ale nie sentymentalizmem) i trzeźwością. Mimo że oddany polityce, próbował zachować równowagę między polityką i życiem rodzinnym. Szczęśliwy w rodzinie, kochał (z wzajemnością) swoją żonę, którą czule nazywał po trzydziestu latach małżeństwa „Maluszkiem”, „Babiszonkiem”, „Maleńką”, a ona przekazywała mu w trosce o jego zdrowie golf w wyśmianej reklamówce.

Przywiązany do tradycji i katolickiej wiary Polak-katolik poważnie traktował swoją religijność: cechowała go wiedza religijna, prowadził życie sakramentalne, widziano go modlącego się, przyłapywano oczekującego na spowiedź. Ale mimo przywiązania do wiary i powoływania się na autorytet Jana Pawła II, potrafił mieć inne zdanie od Kościoła – był np. przeciwny zaostrzaniu ustawy chroniącej życie, opowiadał się za karą śmierci. Dbał o czystość Kościoła, czego wyrazem jego interwencja w sprawie abp Wielgusa.

Wydawnictwo „M” udostępnia czytelnikowi portret męża stanu. Czy można jednak taki pośmiertny portret nazwać realistycznym? O tyle tak, o ile wierniej niż jednostronne obrazy mediów odtwarza portretowanego, o tyle tak, że od portretu nie wymaga się obiektywnej oceny postaci; na obiektywną ocenę przyjdzie poczekać, portretowanie innemu służy celowi. Na pewno nie jest taki portret fikcyjnym, bowiem nie ma tu miejsca na zbyt swobodne posługiwanie się prawdą w celu retuszowania postaci; jeśli wydobywa się te, a nie inne rysy, czyni się to po to, aby dobrze oddać cechy szczególne i zasługi portretowanego.

Co ciekawe, specyfika śmierci i godność sprawowanego urzędu wpłynęły na sposób wykonania portretu mocno, ale nie na tyle, żeby mały zakres tonu odjął portretowi głębię. Nie jest obraz męża stanu Lecha Kaczyńskiego malowany samym światłem, to nie negatyw czarno-białego świata medialnego, w którym to świecie Prezydenta zawsze malowano czarnym kolorem. Jest na portrecie miejsce dla szarości, półtonów czy nawet cienia (np. Ryszard Bugaj punktujący słabości prezydentury Kaczyńskiego nie dołącza do tych, którzy chcą „jego cywilnej kanonizacji”). To dobrze, bowiem zbyt silne światło padające na portretowanego spłaszcza rysy.

„Polskę od strony medialnej, więc także od strony świadomości społecznej, bo ta jest kształtowana przez media, zdominowała nie rzeczywistość, tylko nadrzeczywistość...” (Lech Kaczyński). Choćby dla tego jednego powodu – aby zdać sobie sprawę z kreowania tej nadrzeczywistości przez media – warto sięgnąć po książkę, która odkłamuje wiele lat malowany obraz Prezydenta zastępując go portretem pośmiertnym.



Sławomir Zatwardnicki



Michał Karnowski (opr.), „Lech Kaczyński portret”, Wydawnictwo M, Kraków 2010.

 

Dodaj swój komentarz

Imię:
Temat:
Komentarz (Mozesz używać HTML'a):