Przywiązywanie wagi do swojej wagi

“Gazeta Świecka” O świeckich, przez świeckich, dla świeckich

Przywiązywanie wagi do swojej wagi

Przywiązywanie wagi do swojej wagi

PDFDrukujEmail

Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 

 

Czy mężczyźnie wypada pisać na temat odchudzania? A odchudzać się? Czy to właściwe miejsce na tego typu artykuł w gazecie, która chce traktować co prawda o codzienności, ale jednak w wymiarze duchowym? Czy nie powinniśmy się zająć bardziej uduchowionymi tematami? Spróbuję przekonać Cię, że warto nie unikać tego tematu. Dzielę się swoim doświadczeniem zrzucania niepotrzebnych kilogramów i powodami, dla których się tego podjąłem.



Wątły początek - potem grubsza sprawa

W szkole podczas zbiórki na lekcjach W-F zawsze stałem na jednym z ostatnich miejsc. Przez pierwsze 25 lat swojego życia miałem niedowagę. W podstawówce wysłano mnie nawet na turnus dla dzieci, które zbyt mało ważyły. Z tej przyczyny nigdy nie spotykałem się z określeniami "grubas" czy "tłuścioch". Nie przejmowałem się swoim wyglądem. Nie zwracałem uwagi na to, co i w jakich ilościach jem. Dobrze zjeść - było moją dewizą i jednym ze źródeł czerpania radości w życiu.

Po skończeniu studiów i ślubie zmienił się mój tryb życia. Siedząca praca w domu, obiadki żony, czas na TV, pierwszy samochód. Zaczęło sprawdzać się powiedzenie, że mężczyźnie przybywa jeden kilogram w ciągu jednego roku małżeństwa. Oczywiście na początku się tego nie zauważa i bagatelizuje. Jednak powoli zaczęły obijać mi się o uszy określenia "pączuś" ze strony cioci albo "dobrze wyglądasz" z zadowoleniem wypowiadane przez babcię. Minęło 10 lat naszej małżeńskiej drogi i dodatkowe 10 kg było już całkiem widoczne.

Kwestia odchudzania musiała pojawić się w naszym domu, ponieważ pojawia się ona zawsze, gdy mieszka w nim co najmniej jedna kobieta. Wiemy, że jest to dominujący temat w kobiecych czasopismach i pogaduszkach między przyjaciółkami. No tak, ale skoro to babski temat, to muszę się od niego trzymać z daleka. Prawdziwemu facetowi nie wypada chodzić na upiększające zabiegi, używać kosmetyków, koncentrować się na stroju i wyglądzie, no i odchudzać się. Takie podejście mamy po prostu w genach; a może raczej nie pozwala nam na nie poziom testosteronu.

Potrzeba mi było jakiegoś innego, szlachetnego motywu. I taki bardzo szybko się znalazł. Odchudzać postanowiła się moja ukochana, więc jej rycerz postanowił podać jej męskie ramię (czyt. odchudzać się razem z nią). Równoczesne odchudzanie męża i żony jest rzeczywiście bardzo praktyczne, ponieważ diety wymagają przygotowywania specyficznych posiłków. W tym wypadku wygodnie jest gotować dla obojga to samo.

Dieta czyli wiedza tajemna

Nina znalazła ciekawą dietę "plaż południowych" (South Beach). Pasowała mi, bo nie jest zbyt uciążliwa dla tych, którzy nie lubią być głodni. A ta perspektywa dotychczas mnie odstraszała przed odchudzaniem. Dietę wymyślił amerykański kardiolog - bardziej dla poprawy kondycji naszego serca, ale przy okazji okazało się, że również z dobrym skutkiem dla sylwetki.

Można jeść do syta, ale określone rzeczy. Generalnie chodzi o to, by "uspokoić" trzustkę, która wydziela insulinę. Spożycie produktu mocno przetworzonego (cukier, pszenne pieczywo, biały ryż) sprawia, że układ pokarmowy musi szybko przerobić to, co wrzucimy na ruszt. Trzustka wydziela wtedy odpowiednie ilości insuliny. Ich nagły wyrzut do organizmu sprawia, że czujemy łaknienie i znowu coś jemy. I tak wkoło Macieju. Dlatego należy jeść takie produkty, które w żołądku są przetwarzane dłużej. Za tym idzie powolne wydzielanie insuliny i brak nagłego łaknienia.

Zacząłem od przygotowania teoretycznego i zakupów. Nowe pojęcia: słodzik, BMI, fruktoza, tłuszcze wielonienasycone, otręby, brokuły, makaron pełnoziarnisty, light, light, light... Prawdziwe oświecenie. No nieźle. A myślałem, że wiem już co nieco o tym świecie.

Ale koniec gadania. Zaczynamy odchudzanie. Na początku było trudno, organizm się bronił. Nie byłem przyzwyczajony do jedzenia posiłków bez pieczywa, a obiadów bez ziemniaków, makaronu, ryżu czy kaszy. Trudno było na śniadanie przełknąć jajko zagryzane kiszonym ogórkiem albo liściem sałaty. Nie je się również słodyczy, nie używa cukru - czyli praktycznie wszystkiego, co było źródłem mojej radości z jedzenia. Tak zwany I etap diety jest najbardziej radykalny. Powinien trwać 2 tygodnie. Zachętą były ubywające kilogramy. Na szczęście, gdy człowiek odchudza się po raz pierwszy, ich zrzucanie jest łatwiejsze. Potem II i III etap, już mniej przykry, ponieważ organizm się oczyścił i wyregulowały jego funkcje.

Moja dieta trwała ok. 3 miesięcy. Jej efekt to pozbycie się przeze mnie 9 kg. Reklamowana jest jako dieta na całe życie. Ja, co jakiś czas, stosuję ją trochę mniej radykalnie, gdy przekroczę granicę wagi, którą sobie założyłem i dobijam z powrotem do tej docelowej. Diety nie łączyłem z ćwiczeniami fizycznymi. Przypuszczam, że wtedy byłaby jeszcze skuteczniejsza.

Radości i trudy

Codzienne ważenie i ubywające kilogramy dawały mi oczywiście wielką satysfakcję. Cieszyło, gdy efekty wyrzeczeń były zauważane przez innych. Kolejny plus to poprawa zdrowia - ustały częste bóle żołądka, inne dolegliwości układu pokarmowego, bóle mięśniowe, szybkie męczenie się np. podczas górskich wędrówek.

Trudność odchudzania to oczywiście rezygnacja z tego, co lubimy. Tak się, niestety, składa, że dobre rzeczy nie są równocześnie zdrowe. Często jedzenie jest też elementem naszego pocieszenia, nagrody. Podczas diety tego brakuje. Przychodzi nerwowość, rozdrażnienie i szukanie jakichś innych pocieszaczy.

Motywacja

Jestem przekonany, że przywiązywanie wagi do wagi, czyli do tego, czym się odżywiam i w jakich ilościach, jest zgodne z zamysłem Stwórcy, który dał nam ciało. Warto to robić nie tylko dla siebie, ale również z poczucia odpowiedzialności za swoich bliskich, którzy potrzebują zdrowego, żywotnego ojca oraz męża, z którym nie wstyd się pokazać.

Panowie! Choć żony wam tego nie mówią, to też chciałyby, żebyście dobrze wyglądali i to nie w tym "babcinym" rozumieniu tego słowa. Niektóre z moich koleżanek prosiły mnie, żebym przekonał ich mężów do odchudzania albo z nutką żalu wzdychały, że "on to nawet o tym nie pomyśli".

Być może słyszeliście żart o tym, co jest największą tragedią mężczyzny? Tragedia jest wtedy, gdy on idzie razem z żoną plażą i ona mówi mu: "wciągnij brzuch", a on na to: "już mam wciągnięty"!

G(ł)odni ambasadorzy

Koreański pastor David Yonggi Cho, twórca systemu kościołów komórkowych, zaadaptowanego również w kościele katolickim jako system komórek parafialnych, pasterz kilkusettysięcznego kościoła, zawarł w swojej książce "Coś więcej niż liczby" bardzo ciekawe spostrzeżenie. Kiedy spotykał na całym świecie ambasadorów, to ich wspólną cechą nie była uroda czy młody wiek, ale dobra kondycja. Uważa on, że my również musimy o to dbać, gdyż jesteśmy ambasadorami Pana panów i Króla królów. Twierdzi, że wygląd księdza, pastora, lidera chrześcijańskiej wspólnoty ma duże znaczenie dla autentyczności jego nauczania, jego świadectwa dawanego wiernym.

Przecież człowiek, który stawia słuchaczom w swoim nauczaniu różne wymagania -- czy to natury duchowej, czy dotyczące zmagania się ze swoją cielesnością -- nie może swoim wyglądem przekazywać sygnału, że sam nie radzi sobie ze swoim apetytem, że nie umie sobie pewnych przyjemności odmówić. Jego świadectwo nie jest spójne, gdy przywiązując wagę do jednych dziedzin swojego życia, w innych całkowicie kapituluje.

Moje wątpliwości odnośnie zajmowania się taką przyziemną i niemęską dziedziną jak odchudzanie zostały rozwiane przez głos pastora Cho. Przypomniałem sobie, że rzeczywiście nieraz słyszałem drwiące uwagi pod adresem bardziej okrągłego księdza. Ma to prawdopodobnie również takie przełożenie, że ludzie postrzegają chudego księdza jako ascetę i tego, któremu się nie przelewa. Odwrotnie spoglądają na takiego, który "dobrze wygląda".

Dieta a post

Niezależnie od odchudzania, staram się podejmować post. I muszę przyznać, że tutaj idzie mi o wiele trudniej. Mogłem wytrzymać przez kilka tygodni bez słodyczy i dobrego jedzenia, a nie potrafię wytrwać w takiej abstynencji przez 1 dzień. To zadziwiające. To jest właśnie temat naszego ciała, który podejmujemy w tym miesiącu.

Dlaczego tak się dzieje? Myślę, że przy odchudzaniu wymierne efekty są łatwiej zauważalne. Gdy pościmy, intencja często jest duchowa, a Boża odpowiedź bardziej oddalona w czasie albo niewymierna. Poza tym przed podjęciem postu jesteśmy kuszeni, że nie warto, że bez tego też Bóg zadziała i dana sprawa zostanie załatwiona. Nie tylko z mojego doświadczenia wynika, że tym trudniej jest pościć, im poważniejsza jest intencja postu.

Podobnie jak w czasie odchudzania towarzyszy mi żona, tak w przypadku postu pomocą jest dla mnie wspólnota, która podejmuje post równocześnie.

Przywiązuj wagę tylko do swojej wagi

Moje odchudzanie wiązało się również z pewnymi negatywnymi skutkami ubocznymi. Tak jak wcześniej nie zwracałem uwagi na swój wygląd, tak również nie oceniałem pod tym kątem innych. Skoro mnie przybywało kilogramów, to mogło i innym. Moje sukcesy w zrzucaniu zbędnych kilogramów sprawiły, że zacząłem rozglądać się dokoła i oceniać tych, którzy mieli ich nadto. "Dlaczego nie weźmie się za siebie?"; "Ja mogłem, on też by mógł"; "Ale wygląda, czy mu nie wstyd?".

Trzeba na to uważać. Modlę się, żeby Bóg bronił mnie przed takim osądzaniem. Zdaję sobie sprawę, że nie zawsze nasza nadwaga wynika ze słabej woli. Mogą to być uwarunkowania genetyczne, hormonalne czy inne. I w ten sposób muszę na to spojrzeć, zanim kogoś ocenię.



Mariusz Mycielski

 

Dodaj swój komentarz

Imię:
Temat:
Komentarz (Mozesz używać HTML'a):