Praca - prezent od Boga

“Gazeta Świecka” O świeckich, przez świeckich, dla świeckich

Praca - prezent od Boga

Praca - prezent od Boga

PDFDrukujEmail

Ocena użytkowników: / 2
SłabyŚwietny 

 

Był to pierwszy znak, że Pan Bóg troszczy się i widzi, co jest dla mnie ważne, czemu się poświęcam. Zobaczyłem też, że Jego drogi są inne od naszych, które sobie wyobrażamy i którymi byśmy najchętniej podążali. Również te drogi zdobywania pracy i pieniędzy.

 

Niedługo po rozpoczęciu trzeciego roku studiów na Politechnice Śląskiej w moim życiu miało miejsce bardzo ważne wydarzenie -- świadomie przyjąłem zbawienie i drogę, które daje mi Jezus. Więcej o tej decyzji można przeczytać w artykule "Nawrócenie - duchowe narodziny". Ten krok miał wpływ na całe moje dalsze życie, również w sferze zawodowej.

Jak już wspomniałem, byłem wtedy na III roku informatyki. Powoli zaczynałem podsumowywać, czego nauczyłem się przez ostatnie dwa lata. Zastanawiałem się, czy po skończeniu studiów będę gotowy rozpocząć pracę w wyuczonym zawodzie. Myślałem: "przecież jestem już prawie na półmetku studiów...". Z nauką nie miałem problemów, ale studia i praca to dwa różne światy. W jednym szło mi nieźle, ale bałem się tego, czy się sprawdzę w drugim.

Coraz więcej kolegów z akademika znikało gdzieś popołudniami. Okazało się, że pracują po kilka godzin w firmie programistycznej przy sąsiedniej ulicy. Oni już zaczęli się sprawdzać, a ja? Oprócz obaw, czy podołam, problem stanowił czas. Od czasu mojego zwrócenia się w stronę Jezusa częściej chodziłem do kościoła. Prawie każdy wieczór -- wyjście na mszę akademicką. Najczęściej dwa razy w tygodniu zostawałem jeszcze po Mszy na spotkania -- czy to kręgu biblijnego, czy rodzącej się wspólnoty Odnowy. W okresach, kiedy przygotowywaliśmy i prowadziliśmy rekolekcje, byłem tym pochłonięty przez cały czas wolny od zajęć na uczelni. Tak więc kiedy ja biegałem do duszpasterstwa, kumple z roku nabierali doświadczenia. Pojawił się we mnie niepokój, że wyprzedzają mnie na rynku pracy, i odzywał się od czasu do czasu.

Na wątpliwości najlepszym lekarstwem jest przemyślana decyzja, której później, w chwilach niepewności, możemy się uchwycić. Mnie też taka decyzja była potrzebna. Pytałem siebie, czy nie mam czasu na dorywczą pracę. "A może boję się sprawdzić?". Wewnętrznie czułem, że Pan Bóg się o mnie zatroszczy i takie zabezpieczanie się na zapas nie jest konieczne. Widziałem też wartość naszych spotkań i mszy w DA. Dlatego zdecydowałem, że nie będę podejmował pracy aż do skończenia studiów.

Pracy rzeczywiście nie szukałem. Za to ona znalazła mnie sama. Jak niektórzy pamiętają kilkanaście lat temu królował system operacyjny MS-DOS. Komputery miały najczęściej 1MB pamięci operacyjnej, czyli przynajmniej tysiąc razy mniej niż dzisiaj. Oprócz plików koniecznych do działania samego systemu, niewiele już się w niej mieściło. Jednym ze "sportów" w Domu Studenckim "Barbara", zamieszkałym przez informatyków, było właśnie to, jak wygospodarować parę kilobajtów RAM-u, by ładowała się jakaś gra.

Po trzecim roku studiów w czasie wakacji tata załatwił mi na miesiąc pracę w firmie geodezyjnej. Znałem się na tym na tyle, że biegałem z biało-czerwoną tyczką po polach i stawiałem ją w różnych ważnych dla geodetów miejscach. Pewnego popołudnia, gdy wróciliśmy z terenu, w biurze zastałem jednego z prezesów, który miał problem z uruchomieniem programu obliczeniowego. To był właśnie ten przypadek z brakiem pamięci operacyjnej! Przydała się wiedza z akademika i po pięciu minutach logo programu pojawiło się na ekranie.

"Dziękuję, dobra robota"...i po sprawie. Szybko zapomniałbym o tym epizodzie, jednak na koniec mojej wakacyjnej praktyki szefowie firmy zaproponowali mi pracę po skończeniu studiów. Co więcej -- do tego czasu zobowiązali się wypłacać mi stypendium na poczet przyszłej umowy! Praca znalazła mnie sama. Nie musiałem pracować w czasie studiów, a jeszcze dostawałem pieniądze.

W tej dziedzinie był to pierwszy znak, że Pan Bóg troszczy się i widzi, co jest dla mnie ważne, czemu się poświęcam. Zobaczyłem też, że Jego drogi są inne od naszych, które sobie wyobrażamy i którymi byśmy najchętniej podążali. Również te drogi zdobywania pracy i pieniędzy. I tutaj opowiadanie o pracy otrzymanej od Boga, o Jego błogosławieństwie, mogłoby się skończyć. Jednak w czasie dwóch ostatnich lat studiów zdarzyło się coś, co sprawiło, że moja przyszła praca we wspomnianej firmie przestała być taka pewna.

Co takiego się wydarzyło? Firma splajtowała? Zawaliłem studia? Nic z tych rzeczy. Dlaczego zaraz myślimy o złych wypadkach? Zdarzyło się coś bardzo przyjemnego -- zakochałem się. Przez ostatnie dwa lata studiów dojrzewała nasza miłość. W końcu razem z Niną zdecydowaliśmy, że pobierzemy się zaraz po studiach i zamieszkamy w jej domu, który był zdecydowanie dalej od siedziby firmy niż mój rodzinny.

"Ale przecież jestem związany umową, brałem stypendium. Jak to ze sobą pogodzić?". Często dziękuję Bogu za to, jakich ludzi spotykam na swojej drodze -- zarówno, jeśli chodzi o tych, którzy są moją rodziną, jak i duchownych, a także i tych, z którymi wiążą mnie sprawy zawodowe. W tym przypadku również mam za co dziękować! Moi przyszli szefowie, choć mieli takie prawo, nie kazali mi ani zwracać stypendium, ani codziennie pojawiać się w firmie oddalonej o 60 km. Powiedzieli, że nadal chcą, żebym u nich pracował i że razem rozwiążemy problem dużej odległości między domem i firmą.

Tak też się stało. Do dzisiaj jestem u nich zatrudniony, ale pracę wykonuję... w domu. Kiedy zaczynałem, nie funkcjonowało jeszcze szerzej takie pojęcie jak "telepraca".

 

O zaletach tego typu pracy dla mnie, mojej rodziny i wspólnoty przeczytasz w artykule: "Praca w domu".



Mariusz Mycielski

 

Dodaj swój komentarz

Imię:
Temat:
Komentarz (Mozesz używać HTML'a):